Podróże

Ludzi możemy podzielić na dwa typy – takich, którym się dzieje nieszczęście poza domem i takich którym zło trafia się jak z niego nie wychodzą. Jestem zdecydowanie przedstawicielem drugiej grupy. Z rąk leci mi wszystko, a ‚zepsucie’ to moje drugie imię. A lepiej psuć na zewnątrz niż u siebie, prawda? Co więcej, jeśli już psocę na zewnątrz, to czemu by nie robić tego w różnych miejscach na świecie?! Tak oto powstała moja życiowa misja, której oddaję się w 100%. Jako pilot wycieczek, rezydent i absolwentka ‚Turystyki na obszarach przyrodniczo cennych’ szukam najpiękniejszego miejsca na ziemi, aby je przy okazji trochę zepsuć, żeby nie było już takie urocze. Just kidding! Czuję uwielbienie dla Matki Natury i Człowieka Boba Budowniczego i nigdy, przenigdy nie pozwoliłabym sobie i innym na destrukcyjne zachowanie. Za każdym razem kiedy znajdę się w zapierającym dech w piersiach miejscu myślę, że to jest to. Do następnego razu. Ziemia mnie nie przestaje zaskakiwać (w najlepszym znaczeniu tego słowa). Co raz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że owo najpiękniejsze miejsce na ziemi, Atlantyda dla podróżników, Złoty Graal dla archeologów, po prostu nie istnieje. To każde następne miejsce, które spowoduje, że przynajmniej na chwilę zaniemówimy z wrażenia.

Personalnie nie zagrzałam jeszcze miejsca w żadnym mieście. Przeprowadzałam się z małego miasteczka, do miasta uniwersyteckiego, po miasto nad morze, aby w końcu dotrzeć do egzystencji w stolicy. Jestem odkrywcą. To co odkryte staje się nudne. Nie wyobrażam sobie, że wiem wszystko o mieście zamieszkania. Podziwiam koleżanki i kolegów, którzy urodzili się i zamierzają zostać w jednym miejscu na zawsze. Nie jest tak, że nie są ciekawi świata. Po prostu czują, że mają swój kąt i śpi im się najlepiej w swoim łóżku. Dla mnie nie ma to znaczenia, wyśpię się wszędzie, oby było czysto, ciepło i sucho. Im więcej tułam się po świecie tym lepiej się czuję. Adaptacja trwa około miesiąca, po pół roku jestem już ‚kupiona’. W Polsce najbardziej kocham Warszawę. Możesz narzekać na korki, na nieprzyjaznych tubylców, na wysokie ceny w sklepach, ale nigdzie nie doświadczysz tak otwartego na swobodę zachowania miasta jak stolica. Nie ma nudy, wręcz przeciwnie, różnorodność możliwości może przytłoczyć. Kocham Krowarzywa (wegańska restauracja z burgerami), gofry z lodami z Wafflove, nowy design w Hali Koszyki, Starbucks przy Politechnice i lodziarnię Haagen Danz. Tęsknię co dzień. Warszawa oferuje duuuużo! Niestety w miejscu, w którym czasowo się znajduję wraz z Bartkiem nie mamy tylu możliwości do wykorzystania. Są jednak walory zastępcze, jak np. piękno przyrody wichrowych wzgórz z pasącymi się owcami i uroki małego angielskiego miasteczka. A to co chmury tu robią na niebie zakrawa o nieprzyzwoitą urodę. Grając w podstawówce w ‚Państwa-Miasta’ miałam (jak każdy) problem z wpisaniem miasta zaczynającego się na literę Y. O ironio! Teraz w takim mieszkam. Mówi się, że nasze miejsce jest tam, gdzie jest się kochanym. Oprócz domu rodzinnego mam dom także tu, razem z Bartkiem. Znajduję się w takim razie w odpowiedniej szerokości i długości geograficznej – w jego sercu. Adaptacja trwa…

A w moim sercu (oprócz Bartka, rodziny i przyjaciół) znajdują się nasze polskie Tatry. Co zrobić, jestem patriotką. Nie ma nic co mogłoby uwolnić moją duszę w ten sposób, w jaki robi to krajobraz górski. Marznie mi nos i policzki, szczypie i boli, a ja mimo wszystko spoglądam w górę odsłaniając buzię. Brnę do przodu i czuję każdy mięsień, ale równolegle czuję, że warto, bo na samej górze łapię oddech, a powietrze pachnie wolnością. Jest taka wysokość (całkiem nieduża), gdzie panuje zupełna cisza, nie słychać ludzi ani ptaków. Widzisz górskie jezioro i wiesz, że pasujesz tu jak nigdzie indziej. Zapaleńcom górskim nie wierzyłam, a warto zaufać, bo nie da się słowami opisać uczucia maleńkości pośród ogromu natury. Percepcja jest lepsza, kiedy jesteśmy sami.

 ‚ – Czasem leżę w trawie i wcale mnie nie widać – mruknął Osiołek. – I świat jest taki ładny! A potem ktoś przychodzi i pyta: ‚Jak się dziś czujesz?’ I zaraz okazuje się, że okropnie.’
A. A. Milne ‚Kubuś Puchatek’

Marzy mi się samodzielna tułaczka po świecie. Lub tylko we dwoje. Przez cały rok.

Z rodziną i przyjaciółmi też jest cudownie. Nie wyobrażam sobie braku wycieczki w gronie rodzinnym, jaką robimy co najmniej co dwa lata. Mam wtedy czas na zacieśnianie więzi, wyczerpujące tułanie się w poszukiwaniu urokliwych miejsc spoza przewodników, wspólny śmiech kiedy Ewa znów zamówi coś całkiem niezjadliwego, kąpiele słoneczne i ściąganie spalonej schodzącej skóry z noska Marzenki, pokonywanie strachów, gdy z mamą za rękę skaczemy za burtę, zakupy setnego magnesu na lodówkę i pięćdziesiątego likieru z lokalnych owoców, fikanie po hotelowym łóżku i moczenie się w oceanie. Za parę lat siądziemy we czwórkę, otulone kocami, z kakao w ulubionym kubku, by obejrzeć zrobione pamiątkowe albumy ze zdjęciami. Nie oddałabym tej tradycji nawet za złoty pociąg na własność. Natomiast na szaleństwo z przyjaciółmi musi być czas w życiu każdego człowieka. Zwiedzanie schodzi wtedy na drugi plan, a my zajmujemy się narzekaniem na swój wiek i robieniem wszystkiego ‚póki jeszcze można’. Taki to czas nastał.

I chociaż już wiele zobaczyłam, a moja noga stanęła na 3 kontynentach (Europa, Azja, Ameryka Północna) to wiem, że nie spocznę do końca moich dni. Zawsze będę szukać. A czego? Nie wiem. Dowiem się jak to znajdę. Wtedy na pewno Ci opowiem.