Madera – egzotyczna Europa

Lądek na Oceanie – Bom dia Madero! (19 lipiec 2015)

Jako wieloletni pracownik biura podróży, często skupiałam się na destynacjach typu wyspy greckie: Kreta, Korfu, Rodos, Kos czy hiszpańskie: Majorka, Ibiza, Teneryfa etc. Do tego dochodziła Tunezja, Egipt, Chorwacja, Włochy, a nawet państwa Dalekiego Wschodu, pięknie nazywane przez profesjonalnych wciskaczy kitu – egzotyką. Każde z tych miejsc ma wiele do zaoferowania – no może oprócz Egiptu, którego osobiście nie znoszę (nie rozumiem, jak można kierować się przy wyborze wakacji tylko gwiazdkami hotelu i ilością serwowanych drinków). Jednak zapewniam wszystkich, poza miłośnikami piachu i pustyni, wielbłądów i straganów z plastikowymi bibelotami, że na Maderze, portugalskiej wyspie, znajdziecie wszystko czego dusza podróżnika zapragnie. Co więcej, pokusiłabym się o stwierdzenie, że ów turysta, który godzinami leży plackiem na plaży i sączy napoje wyskokowe też znajdzie miejsce dla siebie.

DSCN6836

Madera jest wyspą położoną na Oceanie Atlantyckim, mniej więcej na wysokości afrykańskiego Maroko, tylko trochę w lewo. Laik zapyta, gdzie jest Maroko? Górny lewy róg Afryki. Tak, Madera jest tak daleko. Leciałyśmy 5 godzin z Warszawy do Funchal. Lotnisko jest pierwszą z atrakcji, ponieważ, gdy czytamy, że jest na liście 10ciu najbardziej niebezpiecznych lotnisk świata, czujemy przypływ adrenalinki. Jednak nie ma się czego bać, pilotować samoloty tam lądujące mogą tylko osoby ze specjalną licencją, więc jesteśmy w dobrych rękach. Przynajmniej w teorii…

DSCN6203

W imieniu moich współpodróżników mogę śmiało powiedzieć, że każdy z nas, a była nas czwórka, odnalazł swoje miejsce na tej kolorowej, tętniącej życiem, a zarazem spokojnej i przyjemnej dla duszy wyspie. Zachwycającym miastem jest stolica – Funchal, która oferuje piękne dla oka malowidła na drzwiach budynków na ‘Starym Mieście’, przepyszne lokalne przysmaki i trunki, promenadę i pomnik urodzonego na wyspie piłkarza Ronaldo, egzotyczne rośliny w parkach botanicznych, azulejo (mozaiki portugalskie), ale przede wszystkim wspaniałą panoramę miasta, utworzoną z kaskadowo usytuowanych budynków z pomarańczowymi dachami. Z naszego hotelu, który oprócz nieziemskiej kuchni, śpiewanego na żywo fado (portugalska spuścizna kulturowa jeśli chodzi o muzykę), rozpościerał się widok zawierający dech w naszych dorodnych piersiach. Można go było oglądać z dachu hotelu, który był udostępniony dla gości. Zdjęcie nie oddaje nawet w połowie uroku miasta… ani dorodności piersi…

DSCN6686

Funchal – zupełnie inny niż Warszawa (20 lipiec 2015)

             Co dwa, maksymalnie co trzy lata razem z mamą i dwoma ciociami udajemy się na rodzinne, babskie wakacje. Każda z nas jest inna, ma wygórowane oczekiwania i wymagania. Jednej zależy na lokalnej sztuce malarskiej, słońcu i możliwości zażywania kąpieli koniecznie w naturalnym akwenie wodnym (Ewa – znalazła to na Maderze), druga szuka przepięknych widoków, które można uwiecznić na zdjęciach, którymi ozdobi swój dom oraz wielu pozytywnych przygód, lubi smakować niespotykane potrawy (mama – znalazła to na Maderze), trzecia chce poznać historię miejsc odwiedzanych i jest zakochana w botanice (Marzenka – znalazła to na Maderze) i czwarta – najbardziej marudząca i kręcąca nosem, szukająca dziczy w cywilizacji, słono-słodkiego smaku, relaksu i zmęczenia (ja – znalazłam to na Maderze). Zakochana w Warszawie, gdzie wszystko jest pod ręką, a w najgorszym wypadku trzeba umieć rozciągnąć ramię jak Inspektor Gadżet, zdradziłam moje ukochane miasto z Funchal. Romans był krótki, bo tygodniowy, ale jaki podniecający! Cały dzień poświęciliśmy na zwiedzanie miasta. Ten dzień najbardziej podobał się mojej mamie…

DSCN6395

Znalazłam same plusy – z każdego praktycznie miejsca da się dojść piechotą do centrum w około godzinę, wersja wygodniejsza, komunikacja miejska, bardzo łatwa w obsłudze; jedzenie tanie i przepyszne; rdzenni mieszkańcy: przystojni niebieskoocy bruneci (aczkolwiek niscy), panie z długimi, pięknymi, kręconymi, czarnymi włosami, uśmiechnięci i jako tako porozumiewający się w języku angielskim; dużo sklepików, kafejek, restauracji, ale także miejsca zaciszne i przesiąknięte historią, jak np. hotel Ritz. Wielką atrakcją okazuje się dwupoziomowy targ z owocami, rybami i kwiatami. Wiedziałam, że tuńczyk jest ogromną rybą, ale jej rozmiar mnie zaskoczył.

DSCN5782

Przysmakiem na maderskich talerzach jest głębinowa ryba (do 1700 m), bez kości, z wyłupiastymi oczyskami i ostrymi zębiskami – pałasz czarny, występujący tylko u wybrzeży Madery i Japonii. ‘Espada com banana’ przyrządzana jest (o dziwo) z bananami, mogę zapewnić, że to połączenie jest wyborne.

DSCN5786

Na targu próbowaliśmy także różnych odmian uprawianych na wyspie marakui, inaczej passiflor lub męczennic. Jest ich około 28 odmian, najbardziej znane są żółte i fioletowe, mają kwaskowaty smak, jak to cytrusy, a najsłodsze są te najbrzydsze i najbardziej pomarszczone.

DSCN5762

Wyrobem z marakui jest ‘poncza’, drink na bazie lokalnego rumu aguardiente, tłuczonego specjalnym narzędziem owocu z marakui lub cytryny i miodu pszczelego – z dodatkiem lodu bardzo orzeźwiające i zmiatające z nóg. Urzekły nas także kwiaty widniejące na wielu pamiątkach z wyspy – strelicja – wyglądające z daleka jak egzotyczne ptaki w ruchu.

DSCN5922

Jednak moim ulubionym kwiatem już od dawna jest drzewo frangipani, które również spotkałam na tym skrawku lądu na Oceanie Atlantyckim. Wiele kwiatów można obejrzeć w ogrodzie botanicznym w stolicy, z którego Marzenkę musieliśmy wyciągać siłą.

DSCN6507

Na koniec podróży pokrzepiliśmy wyschnięte podniebienia winkiem o zaskakującej nazwie: ‘Madera’, o której mówi się, że jest najtrwalszym trunkiem na świecie. Najstarsze kolekcjonerskie butelki mają około 300 lat, wino nadal jest zdatne do spożycia i jak mówią szczęśliwi posiadacze, bukiet smakowy jest nie do podrobienia. Wino powstało na skutek przypadku, otóż próbowano przetransportować najzwyklejszy trunek winny z Madery do portugalskiego serca, czyli Lizbony. Podróż jednak w dawnych czasach trwała tak długo, bo ponad miesiąc, że wino sfermentowało bardziej niż powinno. Kilka beczek zostało wylanych, ale jeden z marynarzy zreflektowawszy się, że nie można marnować ani kropli alkoholu, zwyczajnie je pił. Jego śladem poszła cała Portugalia, a wyspiarze zaczęli eksportować wino i obecnie zarabiają na nim krocie (40% dochodów wyspy z eksportu). Z ciekawostek: obecnie w beczkach po winie ‘Madera’ leżakuje angielskie whisky.

Wyjątkowe miejsce to starówka miasta. Nie ma zbyt wielu historycznych zabudowań, są jednak wyjątkowe uliczki, w których na kazdym kroku widać, że wyspiarze nader upodobali sobie każdego rodzaju artyzm. Szczególnie widać to na drzwiach i ściagach domow, gdzie dosłownie każdy ma uwiecznione malowidło. Niekiedy jest to zamiennik baneru z logo firmy, a czasem podobizna kobiety z pięknymi oczami… być może właścicielki domu?

DSC00885

Nie taki Dziki Zachód (21 lipiec 2015)

             Rozpoczęłyśmy dzień od pysznej hotelowej owsianki z owocami, zjedzonej w restauracji obok basenu. Pogoda była cudowna, 25 stopni już o 8:00 rano. Jedyny feler to to, że w ciągu dnia nie robi się już cieplej, a przecież są wakacje! Na Maderze pogoda jest zmienna w ciągu dnia, słońce niekiedy zachodzi chmurkami, wtedy robi się chłodniej, ale zaraz wschodzi znów i możemy się opalać. Jadąc w głąb wyspy warto jednak zabrać ze sobą lekką przeciwdeszczową kurtkę, może pokropić ciepła mżawka. Wyjechałyśmy z trzema innymi osobami i wynajętą Panią przewodnik na zwiedzanie zachodniej części wyspy. Pierwszy przystanek w obowiązkowym punkcie – Cabo Girao – klif o wysokości 589 metrów, na którym zrobiona jest szklana podłoga na tarasie, tak aby wrażenie robiła widoczna na dole plaża.

DSC00151

Dodatkowo pięknie widać horyzont Atlantyku i panoramę stolicy. Miejsce cieszy się dużą popularnością, więc zrobienie sobie zdjęcia graniczy z cudem, zawsze mamy osoby widoczne na drugim planie. Aby się rozbudzić zajechaliśmy do typowej portugalskiej, wyspiarskiej kawiarenki w Ribeira Brava po ‘una bica’ – jedną kawkę i na małe co nieco. Wszyscy wiemy, że sklep ‘Biedronka’ w Polsce to sieciówka należąca do portugalskiego ‘Pingodoce’ (co znaczy dokładnie to samo: biedronka). Czasem w naszym sklepie można kupić mrożone portugalskie babeczki, są pyszne, ale najsmaczniejsze są jak zawsze te świeże. ‘Pasteis de nata’, bo o nich mówię, to bułeczki z budyniem, dostępne do kupienia nawet w Wielkiej Brytanii. Myślę, że nawet nieświadomie każdy miał okazję ich spróbować. Można też było zamówić muffinkę – ‘boco de arroz’ lub mój ulubiony przysmak bożonarodzeniowy ‘bolo de mel’. Wykonywany jest z melasy z trzciny cukrowej, z której wyrabia się też rum. Ciasto przypomina sprasowany piernik z powtykanymi ozdobnie orzeszkami. Pychota, która uzależnia! Po zjedzonej wiązce cukru mogłyśmy ruszać na dalsze podboje.

DSCN6221

Dzięki lokalnej Pani przewodnik mieliśmy wstęp do miejsc, do których sztandarowy turysta miałby problem z dostaniem się. Buszując na plantacji bananowców czułam się jak w jakimś egzotycznym kraju, a tak naprawdę oddaliliśmy się tylko o 5 godzin samolotem od domu J. Bawiłyśmy się przednio w naturalnych źródłach morskich w Porto Moniz. Miejscowość słynie z wulkanicznych, naturalnie utworzonych basenów skalnych.

P1010234

Obok znajduje się restauracja o wpadającej w ucho nazwie ‘Cachalote’, gdzie można zjeść wspomnianego już pałasza lub stek z tuńczyka. W ten oto sposób minął nam kolejny dzień w towarzystwie jedzenia i podziwiania uroków natury, jakie oferuje nam Madera. Zaczęliśmy kierować się przełęczą Paul de Serra na południe do rybackiej wioski Camara de Lobos, gdzie serwują rzekomo najlepszą ‘ponczę marakuję’ i ‘ponczę tradycyjną’ (z cytryny), która urzekła samego Winstona Churchilla (ten malował tu swoje akwarele). Co tu kryć, ‘poncza’ jest OK., ale moje serce zdobył likier eukaliptusowy. Mimo ziołowego posmaku, zgrywał się z lodem i rozluźnił strapione mięśnie. W sam raz na koniec dnia.

Być syrenką Arielką… (22 lipiec 2015)

             Tego dnia prawie spełniło się jedno z moich marzeń. Słowo klucz: prawie. Otóż zwiedzając Funchal, na promenadzie natknęłyśmy się na reklamy zachęcające do odbycia morskiej przygody. Chociaż nie wiem, czy będąc nad oceanem nie powinno się mówić, że odbywam oceaniczną przygodę? :D.

DSC00314

Ale to nie jest teraz istotne. Najważniejsze, że postanowiłyśmy wykupić rejs katamaranem, a celem było doścignięcie pływających przy wodach Madery delfinów. Stawiłyśmy się punkt 10:00 z biletami w łapkach na molo. Załadowawszy się na pokład i zająwszy najlepsze naszym zdaniem miejsca, przygotowałyśmy aparaty w dłoniach z ustawionym w gotowości palcem na spuście. Jednak czas oczekiwania na delfiny trochę wyniósł, więc głównym obiektem cykanych fotek stałyśmy się my same. Przynajmniej na początku, bo później, to na co tak wyczekiwałyśmy, doszło do skutku! Pojawiły się delfiny! Są przepiękne, zwinne, szybkie … i co najbardziej mnie zdziwiło, oswojone. Powiedzieć, że Portugalczycy znaleźni pomysł na biznes, to nic nie powiedzieć. Jak doczytałam później, owszem dzikie delfiny przepływają przy wodach Madery i Wysp Kanaryjskich bardzo często w poszukiwaniu ławic rybnych. Sprytni wyspiarze sztucznie dokarmiają zwierzęta, aby te stały się atrakcją turystyczną dla nas, zwiedzających. Fakt, że żadna krzywda im się nie dzieje, jedynie ściga je banda oszalałych, błyskających fleszem, buczących silnikami wariatów na łodziach. Rozmawiałam z jednym chłopakiem z załogi, który opowiadał, że nie zawsze udaje się zobaczyć delfinki skaczące wokół katamaranu, nam się udało dzięki sonarom i wprawionemu oku jednego z majtków na dziobie. Pan był tak miły, że pokazywał nam różne żyjątka morskie, o których byśmy nawet nie pomyślały, zaaferowane delfinami, a które były tuż za burtą łódki. Oczywiście numerem jeden dalej pozostaje delfin, natomiast numerem dwa jest żółw morski, a zaszczytne trzecie miejsce zajmują rozgwiazdy, brakowało tylko syrenki Arielki. Cała zabawa skończyła się pływaniem przy plaży, którą widać z klifu Cabo Girao (widziałyśmy z dołu tłum ludzi wysoko w górze na szklanym tarasie). Około godziny 15:00, głodne jak wilki, opalone na raczki, zeszłyśmy do miasta na tutejszy fast food, a mianowicie ‘bolo do caco’. Jest to rodzaj lokalnego hamburgera, ale w o wiele zdrowszej wersji. Płaska bułeczka jest przekrojona na pół, napchana delikatnie wędlinką, warzywkiem, serkiem lub tylko masełkiem czosnkowym i przypieczona na chrupko. Na całej wyspie jest tylko jeden lokal amerykańskich sieciówek – McDonald. Wszyscy zajadają się ‘bolo do caco’. Z tak przyzwoicie pełnym brzuszkiem, spacerkiem wróciłyśmy do hotelu… na kolację! Po drodze wstąpiłyśmy do kilku galerii sztuki, gdzie Ewa nie mogła oderwać wzroku od olejnych, portugalskich obrazów.

SAM_1435

Przekrój przez sławne postacie baśniowe – ale tu na pewno mieszkał King Kong! (23 lipiec 2015)

Stwierdzam i oznajmiam wszem i wobec, że na Maderze na pewno można poczuć klimat rodem z filmu z gorylem i piękną blondynką w rolach głównych. Kto wyląduje na wyspie, czy to przypadkiem, czy z planem zwiedzania w notatniku, nie może wyjechać bez trekkingu w górach. Ze względu na różnorodność umiejętności wspinaczkowych, wytrzymałości i kondycji fizycznej całej naszej czwórki, wybrałyśmy wypad w dżunglę dla średniozaawansowanych.

DSCN6282

Finalnie cała wędrówka nie była wyczynem dla żadnej z nas, kwalifikujemy więc wyprawę Rabacal, inaczej 25 wodospadów jako szlak dla początkujących. Po przyjeździe wraz z zorganizowaną grupą ok. 45 osób, zostaliśmy podzieleni na dwie podgrupy i każda w przybytku dostała po przewodniczce. Wyruszyliśmy w przeciwne kierunki i tak zaczęła się przygoda.

DSCN6587

Już na samym początku dojrzałam ptaszka, którego złapałam na zdjęciu. Siedział sobie i pozował nam wszystkim, chłonny uwagi i okrzyków zachwytu :). Fauna i flora żyje tam własnym tempem. Rośliny są dzikie, ale wydaje się jakby rosły tak, by sprzyjać człowiekowi.

P1010478

Madera słynie z wiecznie wiosennego klimatu. Wszystko to dzięki górom usytuowanym w samym środku lądu. To właśnie szczyty zatrzymują i kumulują wokół siebie przepływające po niebie nad Atlantykiem chmury, tworząc swoisty, puszysty parasol. Jednakże dziurawy, ponieważ od czasu do czasu występują opady deszczu, a nawet … powodzie. Mieszkańcy nie narzekają, a to ze względu na fakt, iż dzięki temu zjawisku tworzy się mikroklimat osadzającej się na roślinach wody, skraplającej się i spływającej dzięki specjalnie wybudowanym kanałom zwanym ‘lewadami’, aż do kranu w kuchni, czy wanny przeciętnego pana lub pani Da Silva (najbardziej popularne nazwisko w Portugalii). Średni koszt rocznego zużycia wody domostwa składającego się z 5 osób to jedyne 25 euro! Piękne, prawda?

DSCN6606

Nic dziwnego, że w hotelu (mimo wręcz przeciwnej, regularnej praktyki w różnych miejscach świata) wody było pod dostatkiem i nie zakręcano kurka, tylko po to, żeby tym razem przeciętny Kowalski nie kąpał się zbyt często. Problem był jedynie z temperaturą, gdyż fakt, pozyskanie jej nie było drogie, jednakże ogrzanie wyspiarskiej wody stanowiło podwójny koszt w stosunku do wydatku na kontynencie. Nie myślmy także, że jak woda kapie z nieba, to możemy z niej korzystać bez żadnego ludzkiego wkładu. Ważną osobistością jest pan (lub pani) zwany ‘lewadeiro’. Wszyscy się nisko kłaniają zacnej personie, która nie zajmuje się niczym innym jak oczyszczaniem ‘lewad’ z wszystkiego co może zaburzać przepływ czystej wody. Wracając do wędrówki w górach – ważna rada – na wielu stronach internetowych jest napisane, że zwykłe sportowe obuwie (tenisówki, adidasy) wystarczą do przejścia lewady, uważam to za narażanie ludzkiego życia na niebezpieczeństwo. Owszem, dało się całą trasę przejść (ja miałam tylko adidasy NB), ale wiele razy ślizgałam się i serce podchodziło mi do gardła ze strachu. Zamiast skupiać się na pięknie przyrody, piękniej potykałam się i czułam każdy kamień pod stopą. Polecam wyższe buty trekkingowi, dopasowane, wygodne i wypróbowane. Co do widoków – kiedy już miałam chwilę na przystanek i podziwianie – dżungla, ogółem mega wrażenie, którego nie da się przyrównać do wspinaczki w Tatrach, które są na moim 1 miejscu (patriotyzm?). Aż fajnie było zjeść kanapkę, czekając na King Konga (mógł się połasić na jedyną wśród nas blondynkę – Marzenkę).

P1010467

Całodniowy wypad zakończyliśmy pijąc kolejny raz pokrzepiającą ponczę w ulubionej wiosce Winstona Churchilla – Camara de Lobos, który malował tu swoje akwarele. Po powrocie do hotelu kontynuowałyśmy pokrzepianie się, co zaskutkowało urokliwą sesją fotograficzną na dachu o zachodzie słońca.

Podróż na wschód, o wiele bardziej dziki niż zachód (24 lipiec 2015)

Muszę to napisać – najlepsza owsianka nie mojego, skromnie mówiąc, wykonania jest serwowana w hotelu Dorisol Mimosa w Funchal. Po prostu przepyszna! Nawet wiem, która pani ją przygotowywała, ponieważ jednego dnia, kiedy kręciłam się przy szwedzkim stole w poszukiwaniu michy z owsianą, jeden z kelnerów zlitował się i powiedział, że nie znajdę czego szukam, gdyż „Maria ma wolne, nie ma owsianki”. Cóż to było za rozczarowanie… Czapki z głów, Maria idzie… Przedostatniego dnia na szczęście ta pani wróciła i miałam okazję pokrzepić się przynajmniej na sam koniec raz jeszcze (that’s made my day). Zadowolona ruszyłam na wschód.

DSCN6756

Tego dnia zdobyliśmy Pico de Areiro (1818 m n.p.m), czyli najwyższy szczyt wyspy. Zdobyliśmy go bez nakładu jakichkolwiek sił co prawda, jadą busem na sam szczyt, co nie ujmuje nam zwycięstwa. Poniekąd :P. Za karę, że nie włożyłyśmy w to żadnego trudu, cały krajobraz przykryła gęsta mgła.

P1010542

Na szczycie góry znajduje się obserwatorium pogodowe, Restauracja i sklepy z pamiątkami (jakżeby mogło ich zabraknąć). Wielce niepocieszone, że nie ma nic ciekawego, stanęłyśmy nagle jak wryte, gdy mgła zaczęła się rozstępować i „oczom ich ukazał się …” nieziemski widok. Wszyscy jak jeden mąż wyciągnęli aparaty i tylko słychać było migawki. Nie ma co się oszukiwać, jeśli coś pięknie wygląda na zdjęciach, to jak urocze musi być w rzeczywistości (nie mówię o zretuszowanych modelkach w czasopismach, zupełnie do siebie nie podobnych). Zazdroszczę fotografom z National Geographic, oni na pewno widzą cuda. Puenta jest jedna: każdemu nakazuję jechać i zobaczyć. Gdybyście się tylko posłuchali…

DSCN6768

Pozostałe atrakcje dnia były dość interesujące, ale już nie przyprawiające o gęsią skórkę. Jedną z nich były odwiedziny w hodowli pstrągów w Ribeiro Frio. Kolejną niespodzianką dla zwiedzających był spacer po eukaliptusowym lesie, gdzie nazbieraliśmy masę eukaliptusowych, pachnących ‘orzeszków’. Mmmm, aż poczułam ich aromat! Olejek eteryczny wytwarzany przez te drzewa jest głównym powodem pożarów na Maderze, które niezwykle ciężko jest ugasić. Spotkaliśmy także miliard jaszczurek, które w ogóle się nie bały, że którekolwiek z nas może ciężko nadepnąć nie tylko na ogon.

DSCN6886

Na posiłek nie zaprosiłabym nikogo do miejsca w którym jedliśmy my, Restauracja w Sao Jorge, serwuje suche steki z tuńczyka, którymi nie da się najeść. Natomiast Santana, wioska często prezentowana w ulotkach reklamowych jest przereklamowana. Pokrytą strzechą stare, śmieszne domki. Rozumiem, że dziedzictwo kulturowe w każdym zakątku jest inne i trzeba je doceniać, ale … give me a break. 50 euro za zobaczenie jak starszy człowiek pije herbatę w swoim nieuporządkowanym ogródku oraz czarno-białe fotografie jego rodziny, stojące w ramkach na prowizorycznym kominku… Trochę nie trafia to w moje gusta.

Na koniec jednak robiliśmy coś co lubię, czyli podziwialiśmy widoki na krańcu świata… a przynajmniej na krańcu wyspy. Piękny ocean, fale i latające nad głową samoloty.

DSCN6815

Zawsze musi być traumatyczna przygoda (25-26 lipiec 2015)

Mimo że ostatniego dnia wakacji zazwyczaj się leżakuje, wspólnie wspomina odbytą podróż, a „ochom i achom” nie ma końca, to są takie wyjazdy, gdzie ostatni dzień jest zapamiętany nie tylko z pakowania walizki i przejazdu na lotnisko. Wyjazd na Maderę był właśnie tego typu podróżą. A zaczęło się niewinnie…

Wylot mieliśmy dość późnym wieczorem, więc dzięki przedłużonej dobie hotelowej mogliśmy jeszcze spędzić dzień aktywnie. Pogoda dopisywała, piękne słonko zachęcało do opalania, a woda podgrzała się o 0,0001 stopień. Jakże by tu nie skorzystać!? Zabrałyśmy się ręczniki, kapelusze, przekąski, książki, aparaty fotograficzne i ruszyłyśmy na plażę. Fakt jest taki, że zamiast ręcznika przydałby się materac, bo na plaży kamień na kamieniu wielkości minimum piłki tenisowej. Masaż pleców gorącymi kamieniami za darmo. Humory nam dopisywały mimo wszystko. Woda, która była piekielnie zimna pięknie dała się fotografować, a turystów było tylko nieliczne grono, przez co cała była sceneria nasza. Dziewczyny czytały książki, przewodniki, chcąc zapamiętać jak najwięcej historycznych wiadomości i dopasować je go widoków napotkanych przez ten tydzień. Razem z mamą siedząc przy brzegu nagrywałyśmy fale oceaniczne obijające się o kamienie i niekiedy zahaczające o nasze smukłe nogi J. Pokazując jedna drugiej, co udało się jej uchwycić na zdjęciu nie zauważyłyśmy, że do ataku przygotowuje się ogromna fala, która zalała naszą czwórkę w sekundę! Przewróciła mnie i mamę, wyrwała japonki z nóg, obróciła parę razy w wodzie i wypluła na brzeg jak świeże pstrągi rzeka. A na sam koniec próbując ponownie wciągnąć do wody, przeciągnęła po kamieniach powodując w moim przypadku zdartą skórę od pasa do kolana! Dziewczyny z trudem wyławiały swój dobytek z wody, a ja już zaczęłam czuć piekący ból spowodowany dostaniem się słonej wody i dodatkowo dogrzanej słoneczkiem rany. Rozglądając się dookoła widziałam szok w oczach większości turystów. Oczy jak spodki u mojej mamy jednak były najzabawniejszym widokiem. Opalania był koniec, zaczęła się wędrówka do hotelu w celu opatrywania ran. Z największą pamiątką z podróży wróciłam ja, na szczęście do wesela się zagoiło.

SAM_1369

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, a potwierdzeniem przysłowia jest najlepsza kolacja jaką jadłyśmy na Maderze. Wracając do domu zobaczyłyśmy miejsce w restauracji, do której do tej pory nigdy nie udało nam się dostać (wymagana była duuużo wcześniejsza rezerwacja). A tam, rozpływająca się w ustach ryba: pałasz z bananami – dla tego dania warto było przyjechać i waniliowe lody domowej roboty. Poezja!

Piekący ból w nodze ustał dopiero w Polsce, gdzie w domu wzięłam kąpiel w iście chlorowanej, prawdziwie warszawskiej wodzie. Ulga… i tęsknota pojawiły się dokładnie w tym samym momencie. Wiem jedno, mimo że Ocean nas pożegnał w taki a nie inny sposób i słono za to zapłaciłam, to wrócę na Maderę nie raz, nie dwa… egzotyczna Europa mnie urzekła.

 

 

One Comment Add yours

  1. Bartolini pisze:

    Dzięki za informacje i relację. Zapraszam do mnie, jeśli wybierasz się do Gruzji, Bałkany lub na północ od Polski 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s