Grecja – Santorini

Dobrego początek… czyli dlaczego Santorini? (30 i 31 sierpnia 2015)

Wspólnie po raz pierwszy zasmakowaliśmy z Bartkiem Grecji podczas jednej z wielu wakacyjnych wizyt Bartka w Warszawie. Niedaleko największej warszawskiej plaży i chluby stolicy, czyli Stadionu Narodowego, znajduje się malutki zakątek imitujący greckie domostwo. Przyjazny wystrój, miła obsługa i przepyszne jedzenie przeniosło nas myślami znad Wisły nad akweny śródziemnomorskie. Było zacnie i romantycznie! Magia miejsca zrobiła tak ogromne wrażenie, że rozochocony Bartłomiej zdecydował, że wakacje spędzimy już w prawdziwym klimacie rodem ze ‚Skrzypka na dachu’ (w żaden sposób na decyzję nie wpłynął fakt, iż bilety lotnicze na wyspę były w okazyjnej cenie!). Tak oto zapadł werdykt o spędzeniu urokliwych wakacji na Santorini.

Przed wyjazdem spędziłam godziny na czytaniu przewodników, przygotowywaniu programu wyjazdu i rezerwowaniu noclegów. W dopięciu wszystkiego na przysłowiowy ‚ostatni guzik’ pomógł mi mój ukochany. Dowiedzieliśmy się, że Santorini to mały archipelag na Morzu Egejskim, należący do Grecji, który został zatopiony w wyniku wybuchu wulkanu – dzięki czemu powstała jedna z największych na świecie kaldera. Wybuch wulkanu i jego późniejsze zapadnięcie, spowodowało powstanie olbrzymiej fali tsunami, która zalała wyspę. Niektórzy twierdzą, że to właśnie Santorini jest ową mityczną Atlantydą, kryjącą na dnie morza drugie oblicze kultury minojskiej. Dodatkowo, wyspa słynie z tego, że jest prawdopodobnie najbardziej nastrojowym miejscem w całej Grecji. Oboje podekscytowani, nie mogliśmy doczekać się odkrywania wulkanicznego lądu. Jakie atrakcje ma w zanadrzu? Jakie niespodzianki?

Dotarcie na wyspę z Warszawy nie jest takie proste. Jednakże zmęczenie po dwóch lotach, a Bartek nawet trzech, zrekompensował widok z samolotu na wschodzące na horyzoncie słońce. Iskrząca tafla wody zapowiadała godziny pluskania w morzu, a czyste niebo zwiastowało godziny wcierania w siebie (nawzajem) balsamów przeciwsłonecznych. Lotnisko także nie zawiodło – otóż ląduje się prawie na plaży, skrzydłem samolotu dotykając palm. Bosko!

quad

Kamari – pierwsze dni lenistwa (31 sierpnia i 1 września 2015)

Zaczęliśmy od zakwaterowania w Hotelu Acqua Vatos, z którego jest już blisko do centrum malowniczej wioski, pełnej małych, śpiących jeszcze (była 7:00 rano) greckich restauracyjek z widokiem na morze. Do jednej z nich udało się zawitać na dłuuugie, smaczne śniadanie i poranną kawę. Rozejrzeliśmy się szybko po okolicy i nie tracąc czasu wypożyczyliśmy parasol i leżaki na czarnej, kamienistej plaży. Wszystkie stwory morskie mogły liczyć na towarzystwo Bartka! Chlupnął do wody w pierwszej minucie i wyszedł dopiero jak zsiniał i przybrał kolor ośmiornicy … Ja tymczasem wystawiłam blade lico na słonko i kąpałam się w promieniach… czytając i odpoczywając.

Uroków Kamari nie trzeba reklamować. Mimo braku zabytków i jakichkolwiek innych zabudowań, prócz strefy hotelowej, wioska oferuje rozrywkę w postaci małej nadmorskiej promenady, galerii z wszechobecnym rękodziełem, muzyki na żywo i cypel Mesa Vouno ze starożytnym miastem Thira, gdzie ze szczytu widać panoramę Kamari z lewej i Perissy z prawej strony, i na który mieliśmy w planie się wspiąć. Słowo klucz: ‚mieliśmy. Łatwo planować trekking pod górę z Warszawy, czy Yeovil, gdzie letnią porą jest o około 15 stopni Celsjusza mniej. Z zamiaru musieliśmy zrezygnować, kierując się dobrem i zdrowiem Bartka, który wystawiony na działanie promieni słońca, już zdążył nabrać koloru raka (a nawet brzmiał jak takowy gotowany w garnku).

Natomiast nie ma tego złego … Na wakacjach odpoczynek jest pożądany, więc wyjątkowo nie stawiałam oporu, kiedy w ramach rekompensaty zostałam zaproszona przez czerwonego Bartka na wyśmienitą kolację, opartą na lokalnych przysmakach. Z bogatej listy greckich potraw wybraliśmy mousakę (zapiekankę z bakłażana) i grillowanego łososia (mimo, że nie został złowiony w otaczających wyspę morskich toniach, to sposób przyrządzenia był typowo śródziemnomorski). Resztę wieczoru spędziliśmy na spacerowaniu po plaży… łapaniu fal… robieniu zdjęć… – oddaliśmy się całkowicie temu miejscu. Dni w Kamari zostaną w pamięci pod znakiem relaksu, dobrego wypoczynku, pięknej wulkanicznej plaży i smakowitej tradycyjnej minojskiej kuchni!

quad 3

Quad – postrach ulic (1 i 2 września 2015)

Nie byłoby to w naszym stylu, jeśli nie odeszlibyśmy od założonego planu i nie wymyślilibyśmy paru dodatkowych atrakcji w zamian za rezygnację ze wspinaczki do ruin starożytnego miasta. Bartek, mimo obaw i mojego strachu, postawił na swoim i wypożyczył quada – szalenie burczącego, niewygodnego i paliwożernego potwora! Jednak, pomimo swoich niedociągnięć, na krętych drogach Santorini jest niezawodny. Testosteron wziął górę i operatorem maszyny był oczywiście Bartłomiej, czemu poddałam się bez sprzeciwu. Odziani w kaski orzeszki pojechaliśmy zdobywać kolejne ziemie wyspy.

Na pierwszy ogień poszło miasteczko na drodze do Czerwonej Plaży. Mieszkańcy kryjący się przed palącym słońcem przyglądali się dwójce turystów ze schronień, aczkolwiek zauważeni zawsze posyłali nam serdeczne uśmiechy lub (trudno wyczuć) wyrazy współczucia. Miasteczko zaciekawiło pierwszym dotąd napotkanym budynkiem sakralnym i niewielkim zamkiem, który zwiedzaliśmy na wyspie. Idealna sceneria na parę zdjęć portretowych, wykonanych mej osobie przez światowej sławy fotografa BD Kolasę.

Celem wyprawy była wspomniana już Czerwona Plaża – miejsce dość tłoczne, niewielkie, jednak robiące wrażenie. Piasek był naprzemiennie ceglano i brunatnoczerwony, woda turkusowa, co razem tworzyło efekt zostający w pamięci na długo. Plaża całkowicie zajęta przez innych odwiedzających, co skłoniło nas do szybkiego odwrotu. W drodze na parking udało się Bartusiowi skosztować soczystych i słodkich winogron, ja wybrałam grecką nektarynkę… palce lizać!

Opuszczając plażę, nie pożegnaliśmy się z morzem, przenieśliśmy się tylko na skaliste wybrzeże lądu. Bartek nie mógł wyjść z zachwytu nad swoim świetnym pomysłem z wypożyczeniem quadu,
więc wykorzystał każdą sposobność, żeby dostać się za pomocą owego środka lokomocji na najdalsze zakątki południowego Santorini. Obejrzeliśmy klasztory na skałach i mogliśmy każdy z osobna pochylić się nad urokom wyspy na swój sposób.

Na koniec całodniowej wyprawy udało się uchwycić przepiękny zachód słońca … Ta furia odcieni kolorów pomarańczowego, żółtego i czerwonego … oraz pocałunek zakochanych w takiej scenerii – bezcenne.

20150904_075150

Fira – stolica wyspy i kolejny przystanek w podróży (2 i 3 września 2015)

Czas naglił – plan zakładał zmianę miejsca zakwaterowania na następne parę dni wakacji. Spakowani, udaliśmy się na przystanek autobusowy i niecałe 20 minut później byliśmy już w Firze. Miasto o wiele większe niż Kamari, baa … przecież to stolica wyspy. Wszędzie dużo turystów, mieszkańców, osłów (nikogo nie obrażając, chodzi o zwierzęta). Po kilkudziesięciu minutach błądzenia, marszu z walizami środkiem ulicy, dotarliśmy do celu – hotelu o uroczej nazwie – Melina. Hotel z basenem, w kolorach biało-niebieskich, otoczony różowymi kwiatami i palmami, dodatkowo piękny pokój z balkonem i przyjemna obsługa – nic więcej do szczęścia nie trzeba. Oboje szybko zaprzyjaźniliśmy się z właścicielem budynku, a Bartuś, nie wiedząc, że poczyniłam pewne aranżacje dotyczące jego nadchodzących urodzin, nawet okazywał oznaki zazdrości… (w cały plan wtajemniczony był bowiem ów jegomość, który puszczał mi oczka, dając znać, że pamięta o torcie urodzinowym).

Fira wielkie

Pierwszy dzień upłynął na zwiedzaniu miasteczka. Kamienne uliczki, panoramiczne widoki na piaskowe i białe domki, masa sklepików i knajpek – tak najprościej można opisać Firę. Chaos i labirynty na ‚starówce’ spowodowały kilkukrotnie dezorientację i zabłądzenie. Jednakże bohaterowie tej historii to niezwykle inteligentni ludzie – wpadli na pomysł zaopatrzenia się w mapę miasta – niestety pech chciał, że owa myśl przyszła dopiero pod koniec wyjazdu. W błądzeniu jednak jest wielki plus – Bartek w końcu rozwinął skrzydła i sfotografował każdy zakątek miasta, który wydał mu się wart uwagi. Oboje zapuściliśmy się w najdalsze rejony, gdzie oprócz nas nie było żadnych turystów. Odkryliśmy uprawiane przez lokalną społeczność pomarańcze, kaktusy, agawy, figi, jednak największe wrażenie zrobiła na Bartku siedząca na ścianie modliszka (jakby nie miał jednej ze sobą!). Próbowaliśmy kolejnych potraw, souvlaków, małż i dorsza oraz greckich trunków, m.i. piwa Alfa. Wieczorem słuchaliśmy ulicznej muzyki i spędzaliśmy czas na swoim własnym, na okres paru dni, balkonie.

Ujść uwadze nie może różnorodność miasteczka w zależności od pory dnia. O wschodzie słońca – puste, bez żywej duszy na ulicy, w południe – zatłoczone, handlowe, wieczorem – przepełnione bawiącymi się ludźmi, ale zarazem romantyczne, dla tych, którzy chcą je takowym widzieć. Warte spędzenia chwili …

nawoływacz

Donkey za 5 EUR – czyli trauma na całe życie (3 września 2015)

Fira, mimo że podobała się nam bardzo, kryła jedną, nie do końca udaną, niespodziankę.

A wszystko zaczęło się 3 września – data niezwykle uroczysta, gdyż tego dnia, w roku 1981 urodził się Bartuś. Aby uhonorować ten dzień, postanowiłam zrobić lubemu niespodziankę i zarezerwowałam nam dwa miejsca na całodzienny rejs statkiem dookoła wyspy. Jednak, nic nie zapowiadało koszmarnego przeżycia, jakim było dostanie się na łódź. Otóż, jak logika wskazuje, łodzie znajdują się na przystaniach lub w portach. W Firze istnieje tzw. Stary Port, do którego można dostać się na dwa sposoby – kolejką prowadzącą z góry miasta do portu lub korzystając z sił własnych nóg i zejścia ścieżką z klifu nad morze. Odbierając bilety, poprzedniego dnia, młodzieniec w kasie poradził mi, aby skorzystać z uroków Santorini i przespacerować się, podziwiając widoki na wulkan i morze. Stwierdził, że się nam bardzo spodoba ta droga, która zajmie maksymalnie 30 minut, a że ścieżka jest szeroka i nie będzie na niej tłumu ludzi.

Faktycznie, tłumu ludzi nie było, była za to horda szalejących na śliskiej ścieżce (z powodu wytartego kamienia) osiołków. Ustrojona w błękitną suknię do ziemi, zamiatałam wysuszone pozostałości trawienia owsa przez zwierzęta, Bartek ledwo utrzymał japonki na nogach. Dodatkowo na czas 30 minutowego spaceru oboje zaopatrzyliśmy się w moje ulubione lody Haagen Danz, których spożywanie, w trakcie schodzenia równią pochyłą, ograniczało możliwości ruchowe i odruch obronny przed nacierającymi na nas osiołkami. Bartek stanął na wysokości zadania i osłaniał mnie swym ciałem, aby nie stała mi się żadna krzywda. Sam jednak doznał traumy i fizycznych obrażeń.

Osiołki natomiast nie przejmując się niczym, może oprócz 100 kilogramowych pań i panów na ich grzbietach, parły w dół i w górę gęsiego, jeden za drugim, poganiane przez swoich właścicieli. Przyjemność dla zwierząt, jak i dla nas idących pieszo – wątpliwa.

Korzystając z okazji pragnę podziękować przeuroczemu kasjerowi, sprzedającemu bilety na rejs, za niespotykane wrażenia… miał chłopak szczęście, że nie mieliśmy czasu na ponowne odwiedziny!

DSC_5999

Rocznica urodzin – kierunek: zachód słońca (3 września 2015)

Nadszedł sądny dzień dla Bartka – kończył 34 lata. Rano była miła pobudka, życzenia, śniadanko. czekoladowy tort z owocami, prezent, relaks na basenie i zamówiona wycieczka.

Po problematycznym dotarciu do Starego Portu, orzeźwiającym piwku na ochłonięcie po niespodziewanych wrażeniach, cała reszta przebiegała w należytym porządku. Stylizowanym statkiem o nazwie „Afrodyta” wypłynęliśmy zdobywać wody Morza Egejskiego. Pierwszym przystankiem na trasie był Narodowy Park Geologiczny „Nea Kameni” – wulkan. Było przeraźliwie gorąco, co pogłębiało doznania, jakie się odczuwa stojąc na wulkanicznej czarnej ziemi. Całą grupą z przewodnikiem, przeszliśmy ścieżkę dookoła wulkanu, gdzieniegdzie omijając olbrzymie kamienie i złoża dymiącej siarki. Z miejsca, w którym się znajdowaliśmy rozpościerał się czarowny, panoramiczny widok na Santorini z jej zachodnią częścią, tj. Firą i Oią. Bartka trzeba było pilnować, aby nie odłączał się od grupy na zbyt długo i nie wpadł do krateru, tak bardzo pochłonięty był fotografowaniem miast z odległości. Zapału można mu pozazdrościć. Natomiast ja, jako zawodowy turysta byłam w swoim żywiole – przewodnicy, grupa, nowe lądy… nic więcej do szczęścia nie potrzeba (siebie nawzajem już mieli).

Był wulkan jak lawa gorący, a po nim postój na kąpiel w gorących źródłach. Skok za burtę do wody i oboje zażywaliśmy rześkiej kąpieli, aby za chwilę móc grzać plecki w ciepłej morskiej wodzie nieopodal wulkanu.

Zmęczeni zjedliśmy na statku kolację i relaksowaliśmy się przy zimnych napojach i słodkim winie. Atmosfera wśród załogi bardzo interesująca: śpiewy i tańce, pomagała rozluźnić się po intensywnym marszu i pływaniu. W oczekiwaniu na zachód słońca na horyzoncie pozostała nam chwila na fotografowanie, podziwianie widoków i cieszenie się swoją obecnością. Gdy zachód w końcu nadszedł – zaparło nam dech w piersiach, dla tego widoku warto było przylecieć na Santorini.

DSC_6378

Oia – na zakończenie podróży (4 i 5 września 2015)

We wszystkich folderach reklamujących Grecję zawsze pojawia się to samo zdjęcie – biała, okrągła kaplica z niebieskim dachem z wiatrakiem w tle. To właśnie w Oia, drugim po Firze większym mieście na Satorini, można zrobić identyczne zdjęcie. Cała miejscowość jest biało-niebiesko-różowa. Z lokalnego źródła dowiedzieliśmy się, że jest określony budżet dla każdego mieszkańca przeznaczony na cotygodniowe malowanie na biało swojego domku – a że nie są one duże, można to zrobić w jeden dzień. Biała i niebieska farba muszą być na wyspie w cenie! Oię warto zobaczyć przy wschodzie i zachodzie słońca, gdyż jest to miejsce, z którego to zjawisko widać najdokładniej i najdłużej słońce rozświetla klify z białymi budynkami. Tworzy to pożądany przez fotografów krajobraz, dużo więc osób z całego świata wybiera Santorini na scenerię swoich zdjęć ślubnych. Najlepsze zdjęcia (bez mistrzów drugiego planu) można zrobić rano, gdzie turystów jest o 90% mniej. Samo miasto niewiele ma do zaoferowania – drogie sklepy, galerie sztuki i przepełnione restauracje. Natomiast, jeśli znajdzie się doborowe towarzystwo i odosobniony zakątek z widokiem na kalderę, można poczuć się jak w raju.

Nieubłagalnie płynął czas i wakacje dobiegały końca. Bardzo ciężko było pożegnać się z Santorini. Podsumowując wyjazd, uznaliśmy, że spontaniczna decyzja i wybór wyspy był naszym najlepszym na wspólne wakacje. Spędziliśmy cudownie czas w swoim towarzystwie, chłonąc wszystko co Grecja miała nam do zaoferowania. Dla porównania miałam Cypr i Korfu, które mimo że równie piękne, nie mają w sobie takiego przepychu i poczucia wyjątkowości. Raz na jakiś czas warto wejść z powrotem na szlak.

DSC_5950

Jak mawiał Mark Twain: ‚Za dwadzieścia lat bardziej będziecie żałować tego, czego nie zrobiliście, niż tego, co zrobiliście. Więc odwiążcie liny, opuśćcie bezpieczną przystań, złapcie w żagle pomyślne wiatry. Podróżujcie, śnijcie, odkrywajcie’.

Tak zamierzamy… przez resztę życia … 🙂

 

One Comment Add yours

  1. aga31chuen pisze:

    Grecja to raj dla ludzi szukajacych relaksu, ludzie tam mili i zyczliwi. Na tej wyspie nie bylam ale z chyba sie w przyszlosci, kto wie. Z fotek wyglada bardzo pieknie i zachecajaco..
    pozdrawiam

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s